4/10/2018

Rozdział 4


Znalezienie ciała było jednym zadaniem, ale wyciągnięcie go, kiedy spoczywało już na dnie tak, by nie dokonać wtórnych uszkodzeń, było czymś trudniejszym.
Mariusz Kwiatkowski obserwował żmudną pracę nurków, którzy za pomocą bosaka łodziowego powoli i metodycznie wyciągali ciało na powierzchnię, i w duchu modlił się, żeby to nie był Norbert. Nurkowie nie byli w stanie potwierdzić, czy to jego podwładny, bo zwłoki pływały plecami ku powierzchni. Wszystko miało się rozstrzygnąć w ciągu najbliższych kilkunastu minut.
Kiedy tak wpatrywał się intensywnie w powierzchnię zmąconej wody, prokurator Zjawa stanął przy nim i bez słowa podał mu paczkę z fajkami.
Kwiatkowski pokręcił tylko głową.
Nurkowie powoli ciągnęli zwłoki w kierunku brzegu, prosto do nich. 
— Za ile będzie lekarz? — zapytał naczelnik, nie odrywając wzroku od ruchomego punktu na wodzie.
Zjawa wypuścił z pomiędzy wąskich, spierzchniętych ust dym i strzepnął nadmiar popiołu z papierosa.
— Za chwilę. Już go wcześniej uprzedziłem, był więc w pogotowiu.
Kwiatkowski tylko skinął głową i tym samym zakończył rozmowę.
Wystarczyło kilka minut od chwili odkrycia zwłok, a zainteresowanie wokół zaczęło rosnąć. Ludzie trzymali dystans, ale obserwowali wszystko dokładnie i zapewne już leciały w sieć pierwsze doniesienia o działaniach policji i straży. A zaraz na wierzch miały wyjść zwłoki. Kwiatkowski już podskórnie czuł obecność medialnych hien, które pewnie zlecą się w ciągu kolejnych dwudziestu minut.
Obrzucił zmęczonym spojrzeniem łopoczącą na wietrze taśmę policyjną, z przykrością odnotowując fakt, że nie uchroni ona denata od wścibskich spojrzeń i zapewne od kilku szybkich fotek.
Dokładnie dwie minuty później przy jezdni zatrzymał się czarny opel astra. Wysiadł z niego Trys. Z bagażnika zabrał swoją nieodłączną srebrną walizkę i spokojnym krokiem zaczął iść w ich kierunku, przy tym nieco kołysząc się na boki.
— Witam, witam — powiedział Krzysztof Trys, a jego pomarszczoną twarz rozjaśnił pogodny uśmiech.
Mariusz nie raz się zastanawiał, jak ktoś, kto więcej czasu spędza z umarłymi niż z żywymi, cały czas miał w sobie taką pogodę ducha.
Wyciągnął rękę w stronę lekarza i poczuł dosyć silny uścisk.
— Nasz topielec wciąż w drodze? — zapytał Trys, patrząc na wodę. Postawił walizkę przy nodze, wyciągnął z kieszeni spodni lateksowe rękawiczki i założył. Następnie otworzył walizkę i wygrzebał z niej aparat fotograficzny.
— Nie wiemy kto, ale istnieje szansa, że jeden z naszych — wyjaśnił pobieżnie Kwiatkowski.
Trys pokiwał głową, rozejrzał się po okolicy. Chwilę zatrzymał wzrok na samochodzie. Potem przebiegł nim po gapiach i powrócił nim na wodę. Nurkowie byli już tylko kilkanaście metrów od brzegu, gdzie zaczynała się płycizna. Wszyscy wstrzymali oddechy, kiedy ciało zaczęło się wynurzać.
Kwiatkowski najpierw zobaczył ciemny materiał ubrania, za który je ciągnięto. Potem wynurzyła się głowa i stopniowo reszta ciała.
Przy brzegu rozłożona była czarna folia, a członek PSP czekał już z noszami. Gdy nurkowie dali znak, wszedł do wody i z pomocą kolegi ustawił nosze. Zwłoki były już praktycznie całkowicie odsłonięte przez wodę, ale Kwiatkowski nadal nie mógł rozpoznać ofiary.
Trys z grobową miną zbliżył się do brzegu.
— Powoli, panowie. Na trzy.
Trzech nurków pokiwało głowami, dwóch w tym czasie przytrzymywało nosze.
— Raz, dwa…
Powoli unieśli ciało i przewrócili na plecy, umieszczając na noszach. Twarz denata zabłysła w ciepłych promieniach słońca.
— Chryste! — jęknął z obrzydzeniem nurek, który stał najbliżej głowy.
— O rety — skomentował Trys, a jego usta wykrzywiły się w grymasie. Pochylił się nieco nad brzegiem i zrobił pierwsze zdjęcie. 
Kwiatkowski spoglądał na twarz mężczyzny leżącego na noszach, czując jak wszystko się w nim zaczyna się gotować.
— To Norbert Bukowski? — zapytał prokurator.
Naczelnik nawet nie drgnął. Chciał odpowiedzieć, ale coś nagle spętało mu gardło. W końcu tylko przytaknął.
Prokurator mruknął pod nosem, potem gestem ręki pokazał, by wynieść zwłoki na brzeg.
Kwiatkowski odsunął się nieco, a kiedy nosze z ciałem opadły na mokrą trawę, mimowolnie powrócił spojrzeniem do twarzy denata.
Norbert Bukowski miał poranioną twarz. Widać było zdartą skórę na lewym policzku i zadrapania na brodzie. Jednak to brak oczu wywołał u wszystkich największe zniesmaczenie. Mariusz miał tylko nadzieję, że brak gałek jest wynikiem aktywności zwierząt, a nie ludzkim działaniem.
Patrzył jak doktor Trys z dużą delikatnością zbiera warstwy wodorostów, owiniętych wokół ciała Norberta. Kiedy lekarz zabrał mokre liście z szyi, stało się dla wszystkich jasne, skąd w samochodzie Bukowskiego było tyle krwi na siedzeniu kierowcy.
— Kurwa — wyrwało się Pawłowi, który stał za plecami lekarza.
— Jedno precyzyjne cięcie — skwitował Trys. — Rana nie jest szarpana, więc ostrze był gładkie. Przeciął tętnicę i…
Kwiatkowski miał dość. Nie mógł tego słuchać i nie chciał już patrzeć. Odwrócił się na pięcie i odprowadzony wzrokiem wszystkich wokół poszedł do samochodu.
Kiedy otwierał drzwi, coś błysnęło. Popatrzył w kierunku kilku osób, zbitych w ciasną grupę. Jakiś młokos z dredami miał telefon, wycelowany aparatem w jego stronę.
Pierwsza myśl. Podejść, rozjebać telefon i wybić zęby młokosowi.
Druga myśl. Nie warto.
Kwiatkowski pokręcił tylko głową z rezygnacją i schował się w samochodzie. Zacisnął dłonie na kierownicy i oparł się o nią czołem, przymykając oczy.
Było źle. A wiedział, że będzie jeszcze gorzej. 


***

Mieszkanie Wiktora Bożełko mieściło się w niskim, czteropiętrowym bloku mieszkalnym, który, jak stwierdziła Beata, wyglądał dość obskurnie, kiedy po drugiej stronie ulicy miało się zabytkowy budynek w neogotyckim stylu. Może i było widać, że czas go nie oszczędził, ale wysokie okna, czy spadziste dachy robiły znacznie lepsze wrażenie niż kolejny nijaki klocek z graffiti na ścianach.
Beata podeszła do klatki B i wcisnęła numer mieszkania. Chwilę później znalazła się na klatce schodowej, gdzie powietrze było wyraźnie przesycone dymem tytoniowym.
Szczygłowska weszła na pierwsze piętro i szczerze się zdziwiła na widok mężczyzny w dresie, z papierosem w ustach, siedzącego na schodach, prowadzących wyżej. Koło niego stała otwarta puszka piwa, a w wolnej ręce trzymał luźną smycz.
— Nie widziała pani czarnego kundla przypadkiem? — zapytał z papierosem między ustami. Poza dymem tytoniowym i kwaśnym odorem nieprzetrawionego alkoholu, Beata poczuła też smród spoconego ciała. — Spierdolił mi gdzieś, gnojek jeden. Fido się wabi. Widziała pani? O, taki gdzieś. — Pokazał dłonią mniej więcej wysokość zwierzęcia.
Beata pokręciła tylko głową i stanęła prawą nogą na pierwszym stopniu, dając do zrozumienia, że chciałaby przejść. Facet coś mruknął pod nosem, ale zabrał puszkę i się nieco przesunął pod ścianę.
Wiktor Bożełko już a nią czekał w drzwiach. Z przepraszającym uśmiechem wyciągnął do niej rękę i przywitał się dość mocnym, zdecydowanym uściskiem.
— Przepraszam za pana Waldka. Pijus z niego, często tam siedzi. Jakby nie mógł smrodzić we własnym mieszkaniu — marudził Wiktor, ale Beata nie skupiała się na tym, co mówił.
Przekroczyła próg mieszkania i musiała przyznać, że widok mile ją zaskoczył. Mieszkanie było jasne i zadbane. Kiedy Wiktor poprowadził Beatę krótkim korytarzem do pokoju gościnnego zobaczyła jasno szare ściany, ładne panele podłogowe z jasnego drewna i białe meble z ciemnymi, drewnianymi akcentami. Mieszkanie nadawało się idealnie do jakiegoś katalogu.
— Niech pani usiądzie. — Wiktor wskazał na krzesło przy owalnym stole. — Herbaty, kawy?
— Nie trzeba, dziękuję. — Beata zdjęła czarną ramoneskę z ramion, czując, że jej za ciepło. Pozwoliła sobie powiesić ją na oparciu krzesła, które zajęła. Wiktor usiadł naprzeciwko i dopiero teraz zaczęła mu się uważniej przyglądać.
Był dosyć wysokim i postawnym mężczyzną, od razu zauważyła, jak mięśnie ramion i klatki piersiowej zarysowują się pod białą, bawełnianą koszulką. Spod jej kołnierza dostrzegła również fragment czarnego tatuażu.
Z samej twarzy Wiktor był jednak dosyć przeciętny. Oczy o zielonym kolorze, nieco zadarty nos i lekko wystające kości policzkowe. Miał też gęste, rude włosy, w których odbijały się refleksy słońca, nadając im bardziej złocisty odcień.
— Pani detektyw…
— Komisarz, nie detektyw.
Wiktor wyraźnie się zmieszał i aż poczerwieniał na twarzy.
— Przepraszam. Pani komisarz, ponoć chce pani porozmawiać o Darku?
Beata skrzyżowała ręce na piersi.
— Chciałabym, żebyś mi powiedział, kiedy widziałeś go po raz ostatni?
— Już to mówiłem, kiedy go szukaliście. Rano, jak wychodził do pracy.
— Co pamiętasz z tamtego dnia?
Wiktor przez chwilę wpatrywał się w swoje dłonie, trzymane na stole.
— Nic szczególnego. Tak naprawdę minęliśmy się tylko. Akurat wstałem, kiedy on już się zbierał do wyjścia.
— Zauważyłeś coś dziwnego, niepokojącego?
Bożełko zmarszczył krzaczaste brwi.
— Co niby?
— Był zdenerwowany, spieszył się? A może przed jego zaginięciem zachowywał się inaczej?
Chłopak pokręcił głową.
— Nie sądzę. Był taki jak zwykle.
— To znaczy? — zapytała Beata, a Wiktor wzruszył ramionami.
— Spokojny, pogodny, nie wiem, normalny.
Beata pomyślała, że gdyby dać jej złotówkę za każdym razem, jak ktoś opisuje ofiary słowem „normalny”, to miałaby już całkiem sporo pieniędzy, by wyjechać na tygodniowe wakacje. To jedno słowo w żaden sposób nie definiowało człowieka. Tak samo matki mówiły o synach, którzy teraz spędzali dożywocie za kratami. Ludzie często myślą, że znają swoich bliskich, że wiedzą o nich wszystko. A potem okazuje się, że w sumie nie wiedzą nic.
— Przyjaźniliście się?
Wiktor ponownie wzruszył ramionami.
— Dogadywaliśmy się. Czasem razem wyskoczyliśmy na piwo, albo do klubu. Mieliśmy kilku wspólnych znajomych.
— Czy Darek miał dziewczynę?
Przez chwilę panowała cisza. Wiktor zaczął wyłamywać sobie palce u rąk i wodził wzrokiem po ścianie. Beata postanowiła go nie popędzać.
— Była jedna, Zuza. Ale rozstali się kilka miesięcy przed jego zniknięciem.
— Nie lubisz jej, prawda?
Wiktor popatrzył na Beatę zmieszany i znowu się zaczerwienił.
— Była dziwna. I miała zły wpływ na Darka.
— Co to znaczy?
— No… — Wiktor ułożył prawą dłoń w pięść, tak jakby w niej coś trzymał, przyłożył do zgięcia w lewym łokciu i kciukiem pokazał, że naciska na niewidzialny tłok.
— Wciągnęła w to Darka? — zapytała bez ogródek Beata.
Wiktor po chwili wahania przytaknął.
— Kiedy się rozstali, Darek nie od razu się pozbierał. Widziałem, że coś bierze, ale nie znam się na tym gównie. Potem jednak coś się zmieniło. Darek powiedział, że skończył z tamtym życiem i zaczyna od nowa. Wydawał się pobudzony, pełen energii do działania. Dwa miesiące później przepadł…
Beata patrzyła na Wiktora i widziała na jego twarzy autentyczny smutek. Zrobiło jej się go żal, szczególnie, że nie powiedziała mu jeszcze prawdy.
— Pokażesz mi jego pokój? — zapytała, chcąc się ruszyć z miejsca.
Wiktor poprowadził ją do białych, częściowo przeszklonych drzwi. Obejrzała korytarz. Naprzeciwko miała łazienkę, a na prawo kolejne drzwi, zapewne do pokoju Bożełko.
— Generalnie wszystko tam jest.
Beata poparzyła na Wiktora ze zdumieniem.
— Rodzice nie zabrali jego rzeczy?
Chlopak pokręcił tylko głową.
— Darek raczej z nimi nie utrzymywał kontaktu. Jego matka była tu kilka razy, kłócili się wtedy. Jednak po jego zaginięciu nie pojawili się. Była policja, przeszukiwali jego pokój, nic więcej.
Beata odnotowała w myślach fakt, że będzie musiała porozmawiać z Ofelią sam na sam i sięgnęła do klamki. Popatrzyła na Bożełko.
— Wiktor, posłuchaj mnie. Przyszłam tutaj, ponieważ dziś rano znaleźliśmy ciało Darka.
— Co?
— Naprawdę, przykro mi.
 Nim chłopak zdążył coś jeszcze powiedzieć Beata wślizgnęła się do pokoju, zamykając za sobą drzwi.

***

W domku pachniało jabłecznikiem i kwiatami.
Tomasz Kruk siedział na starej wersalce, przykrytej równie starą, szarą narzutą i czekał w towarzystwie starego kota na przyjście starej gospodyni.
W tym domku wszystko było wiekowe i Tomek miał poczucie, że jeszcze trochę i jego zacznie łamać w kościach.
Kuchnia była obok i Kruk słyszał jak gospodyni się krząta, przygotowując herbatę. W końcu pojawiła się w progu, ze srebrną tacą, na której niosła, o dziwo, całkiem ładne — i chyba nowe — filiżanki, talerzyki z szarlotką i dzbanek.
— Najmocniej przepraszam, że musiał pan czekać — powiedziała pogodnym, szczebiotliwym głosem, powoli kładąc tacę na owalnym, dębowym stoliku.  — Dusza młoda, tylko ciało już niedołężne.
Tomek nie skomentował tej wypowiedzi. Poczekał aż Jadwiga Orzeł usiądzie w fotelu i złapie oddech.
Stary kot, który był biały niczym śnieg zamruczał i zaczął się przymilać do nogi Tomka. Skrzywił się.
— Proszę się nie bać. Teoś nie podrapie, ugryźć też nie może, bo zęby potracił. Zupełnie jak ja.
Kruk niepewnie podrapał kota za uchem. Zaraz pomyślał, że to nie był dobry pomysł. Kot bez wahania władował mu się na kolana i zwinął się w kłębek.
— I już ma pan nowego przyjaciela — powiedziała Jadwiga.
Tomek westchnął tylko, uznając, że już wystarczy tych uprzejmości.
— Pani Jadwigo, na pewno pani wie, czemu tu jestem.
Pogodna, pulchna twarz staruszki zmarkotniała. Kobieta spuściła wzrok i zaczęła bawić się brzegiem kolorowego fartucha.
— Co jest mi pani w stanie powiedzieć o Dariuszu Łajewskim?
— Tak się nazywał ten biedny chłopiec?
Tomek tylko kiwnął głową. Miał nadzieję, że pani Jadwiga nie okaże się jakąś rozhisteryzowaną, emocjonalną babcią, która zaraz zaleje się łzami i zacznie skomleć, jaki to świat jest podły i niesprawiedliwy. Nie miał czasu na emocjonalne huśtawki.
— Wie pan… pierwszy raz go zobaczyłam, będąc w ogrodzie. Pieliłam grządki, kiedy minął mój ogródek. Przyszedł stamtąd.
Za wersalką Tomek miał zakratowane okno z widokiem na ogród. Za płotem ciągnęła się główna droga, wijąca się pomiędzy poszczególnymi działkami. Kierunek wskazany przez panią Jadwigę oznaczał, że Dariusz nadszedł od strony bramy wjazdowej. Działka pana Koreca była jakieś sto metrów dalej, przy rozwidleniu dróg.
— Już wtedy zwrócił moją uwagę. Było tego dnia naprawdę zimno. To był koniec marca, a on miał na sobie tylko bluzę. Nie widziałam twarzy, bo kaptur twarz zasłaniał, ale wiedziałam, że jest obcy.
— Skąd?
Kobieta popatrzyła się na Tomka z pobłażliwym uśmiechem.
— Tutaj na działkach wszyscy się znają, albo chociaż kojarzymy się z widzenia. Działkowicze to taka zamknięta społeczność, panie władzo.
— Nie pomyślała pani, że może był czyimś synem i szedł akurat na swoją działkę?
— Na pewno nie. Nigdy wcześniej go nie widziałam, a w ciągu ostatnich dziesięciu lat nikt nowy się tutaj nie pojawił. Jeśli któryś z nas umarł, to działka przechodziła na dzieci. A dzieci to ja tu chyba wszystkie znam. W końcu mam tę działkę już prawie trzydzieści lat, panie władzo. On był obcy, mówię panu.
— Jak pani zareagowała, kiedy zobaczyła go na działce pana Koreca?
Jadwiga w milczeniu nalała sobie herbaty do filiżanki, wsypała dwie łyżki cukru i wzięła filiżankę w pulchne dłonie. Pod paznokciami było widać ślady brudu.
— Myślałam dzwonić po policję. Mój mąż też chciał to zrobić. Ale potem zobaczyłam, jaki ten chłopiec chudy i biedny i jakoś mi się go żal zrobiło. Powiedziałam Heńkowi, by go zostawić. Na działce i tak nic wartościowego nie było. To ruina. A ta, pożal się boże, córka Koreca i tak miała gdzieś to miejsce. Ona nawet na pogrzebie własnego ojca nie była, panie władzo. Taka światowa, gdzieś za granicą siedzi.
— Obserwowała pani Dariusza? — zapytał Tomek, nie chcąc odbiegać od głównego wątku.
Jadwiga upiła łyk herbaty, zwlekając z odpowiedzią.
Tomek popatrzył przelotnie na szarlotkę. W żołądku już mu burczało, ale starał się nigdy nie korzystać z gościnności osób przesłuchiwanych. Był teraz na służbie, nie na spotkaniu towarzyskim.
— Wie pan… trochę się martwiłam — powiedziała w końcu. — Bo on pojawiał się i znikał. Zawsze był sam. Zaczęłam się zastanawiać, co tu robi, co się dzieje w jego życiu. I kiedyś… no wie pan… — Wzruszyła ramionami. — Zapytałam.
Tomek uniósł brwi.
— Tak wprost?
Kobieta wyglądała na nieco zmieszaną.
— No nie, panie władzo. Próbowałam tak jakoś delikatnie. Ale chłopak był tak zaskoczony, że ktoś zwrócił na niego uwagę na tej działce, że uciekł. Hop, siup przez furtkę i co tchu przed siebie! Tylem go widziała wtedy. I myślałam, że nie wróci. Ale wrócił.
Tomek jeszcze raz wyjrzał przez okno na ogród. Przy płocie rosły tuje i posadzone były bratki. Przez trawę biegła prosta ścieżka do furtki, w jednym rogu stała bujana huśtawka, po drugiej stronie ścieżki widział jakieś bujne kwiaty, chyba hortensje. Łaskotany ostatnimi leniwymi promieniami słońca wyglądał, jak wymarzone miejsce do relaksu, którego Tomkowi ostatnio brakowało.
— Często pani bywa na działce? — zapytał Kruk.
Pani Jadwiga znów się do niego pogodnie uśmiechnęła.
— Kilka razy w tygodniu, póki zdrowie pozwala. Mąż mnie przywozi, potem wieczorem zabiera.
— On tutaj nie bywa?
Kobieta westchnęła i powiodła wzrokiem na półkę przy wejściu do pokoju. Stały tam dwie ramki ze zdjęciami. Na jednym Tomek widział samą panią Jadwigę w ogrodniczkach, klęczącą przy grządkach. Słońce mieniło się w jej srebrzystych włosach, a uśmiech rozpogadzał pucułowatą buzię. Druga fotografia przedstawiała ją z wysokim i żylastym mężczyzną. Trzymała go pod rękę i oboje wyglądali równie szczęśliwie.
— Pół roku temu straciliśmy córkę — powiedziała cicho. Z jej twarzy zniknął uśmiech, pojawił się smutny cień. — Przegrała walkę z nowotworem.
Tomek poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Pomyślał mimowolnie o swojej matce, która ostatnie miesiące swojego życia spędziła przykuta do łóżka, a nowotwór trzustki stopniowo ją zabijał.
Odetchnął głęboko.
— Przykro mi — powiedział równie cicho.
— Ala uwielbiała tę działkę. Spędzała tu z nami całe dnie. Przyjeżdżała po pracy, by móc posiedzieć na tej huśtawce… Mąż nie potrafi tu teraz przebywać.
Tomek dostrzegł łzy w oczach pani Jadwigi. Zacisnął zabandażowaną dłoń w pięść, powstrzymując się o chęci przytulenia jej.
— Pani Jadwigo… Jest pani mi w stanie powiedzieć coś więcej o Darku?
Kobieta przetarła oczy haftowaną chusteczką, którą trzymała w kieszeni fartucha.
— Ach… Tak. Znaczy nie… nie wiem. Był wystraszony. Kiedyś mu przyniosłam kanapki. Taki odruch, wie pan. Wziął je, podziękował, ale nie chciał rozmawiać. Chyba unikał ludzi.
— Dlaczego pani nie zadzwoniła na policję? — zapytał ponownie Tomek, tym razem już ostrzejszym tonem. — Wie pani, że przez trzy miesiące był uznany za zaginionego? Jego rodzice nie wiedzieli, co się z nim dzieje.
Kobieta, przestraszona nagłym atakiem skuliła się w fotelu.
Tomek westchnął. Nie chciał jej denerwować.
— Ja wiem, źle zrobiłam — zaczęła tłumaczyć. — Naprawdę chciałam! I wiem, że go szukano, czytam gazety! Ale… nie potrafiłam.
Tomek mimowolnie poczuł narastającą irytację. Miał wrażenie, że ten przyjazd był zbędny. Rozmowa nie wnosiła niczego nowego. Wszystko, czego się dowiedział mógł przeczytać już w zeznaniach, które rano spisał policjant.
Zdjął kota z kolan, co się spotkało z jego pomrukiem niezadowolenia, i wstał. Dosyć już czasu zmarnował. Mijał właśnie pierwszy dzień śledztwa, a oni właściwie nic nie mieli. Im więcej czasu upływało, tym mniejsze mieli szanse na dopadnięcie mordercy.
— Dlaczego, co? — zapytał, nim skierował się do drzwi wyjściowych. — Może gdyby pani zadzwoniła, przełamała swoje irracjonalne opory, to ten dzieciak teraz by żył!
W oczach pani Jadwigi znowu zobaczył łzy, ale tym razem nie było mu jej żal.
— Ja…
— Niech pani już lepiej nic nie mówi — warknął. — Teraz już na to za późno.
Stojąc przy swoim samochodzie Tomek wyciągnął paczkę czerwonych Marlboro i wysupłał jednego papierosa. Kiedy chciał zapalić przed oczami stanęła mu jego matka, leżąca w łóżku i wijąca się z bólu.
Zgniótł papierosa i rzucił na ziemię.
Miał dosyć dzisiejszego dnia.
Popatrzył na drogę, którą oświetlały ostatnie promienie słońca. Działki wokół wydawały się być puste. Znikąd nie słyszał jakiejkolwiek aktywności ludzi. Tylko świergot ptaków, kryjących się wśród drzew. Zaczął iść.
Mijając działkę pani Jadwigi dostrzegł ją na werandzie. Stała z tym samym kubkiem herbaty i spoglądała gdzieś przed siebie. Sprawiła wrażenie kompletnie osamotnionej.
Działka Koreca była przy skrzyżowaniu dróg. Stary domek, w cieniu jabłoni i czereśni wydawał się jeszcze bardziej zapadnięty w sobie, niż wcześniej.
Tomek stanął przy rozpadającej się furtce.
Czemu tutaj? Co cię tu sprowadziło?
Patrzył na wysoką trawę osłaniającą dom, na zniszczoną ławkę, dziurawy płot. Ta działka krzyczała, że jest opuszczona, ale Tomka coś świerzbiło w głowie, jakaś nieuchwytna myśl. Czegoś nie dostrzegał. Było to uczucie podobne do słowa, które miało się na końcu języka.
Zadzwonił telefon.
Tomek odebrał, patrząc na jedyną uschniętą jabłoń, rosnącą tuż przy ogrodzeniu.
— Kruk, słucham.
— Tomek, gdzie jesteś? Miałeś być w domu wcześniej. Zapomniałeś, że moi rodzie na kolację przyjeżdżają?
Kamila, jego narzeczona. Przeklął w myślach. Była ostatnią osobą, z którą teraz chciał rozmawiać. Nie pamiętał o kolacji, ale lepiej było to przemilczeć.
— Niedługo będę — rzucił tylko i się rozłączył.
Patrzył wciąż na jabłoń, aż ta upierdliwa myśl nabrała w końcu kształtu, dając mu odpowiedź.
I już wiedział, że na kolację nie zdąży.

Oto czwarty rozdział! :) Niestety, jest on bez korekty, jeszcze.
Piąty też już powoli zaczęłam pisać, więc pewnie na początku maja się pojawi.
Jak tam u was? Wiosna też zawitała? Ja to, dzięki tej odrobinie słońca, w końcu czuję, że żyję.
I taka informacja: mój blog został nominowany na Księdze Baśni do konkursu Bloga Roku 2017. :) Więc jeśli ktoś z was uważa, że piszę na tyle ciekawie, to zapraszam >>TUTAJ<<Dziękuję wszystkim za komentarze pod rozdziałami!
Pozdrawiam was ciepło i do zobaczenia w maju! :*