16 stycznia 2018

Prolog

Dariusz Łajewski popatrzył na spakowaną sportową torbę leżącą na łóżku i po raz pierwszy od długiego czasu poczuł, że ma szansę żyć po swojemu. Ta myśl dodała mu lekkości. Ostatni raz omiótł spojrzeniem pokój, nie było jednak nic wartego uwagi.
Zabrał z krzesła czarną bluzę, którą zarzucił na siebie, na szyi zawiesił duże słuchawki, telefon komórkowy wcisnął w tylną kieszeń jeansów.
Gdy z torbą przewieszoną przez ramię zaczął schodzić po schodach, w ich dole stanęła jego matka. Była siódma rano, a ona i tak miała już na sobie idealnie wyprasowaną sukienkę w kremowym kolorze i perfekcyjny makijaż. Patrzyła na niego z niezadowoleniem, z rękoma założonymi na piersi. Wiedział, że była gotowa walczyć, nie zamierzała się poddać. Ale on już dawno przestał się tym przejmować. Żadne słowa nie mogły zmienić decyzji, do której dojrzewał przez ostatnie cztery lata.
Minął matkę i bez słowa przeszedł do korytarza, gdzie ubrał ulubione sportowe buty. Poszła za nim, a jej szpilki wystukiwały głośny rytm na jasnych, rektyfikowanych płytkach. Stanęła tuż obok i poczuł znaną woń piżmowych perfum, których nigdy nie lubił.
— Darek, porozmawiajmy jeszcze o tym. — W jej głosie nie wyczuł prośby, lecz szorstki rozkaz. Nawet teraz roztaczała się wokół niej władcza aura, której zawsze ulegał.
Odwrócił się do niej i spojrzał z góry, co nie wywołało u matki żadnej reakcji. Stała dumnie wyprostowana, hardo patrząc mu w oczy. W takich chwilach odnosił wrażenie, że Ofelia Łajewska nie ugięłaby się przed samym Bogiem.
Wysilił się na mało pogodny uśmiech.
— Rozmowa niczego nie zmieni, dobrze o tym wiesz.
— I co zrobisz, gdzie się podziejesz? Myślisz, że z ojcem damy ci pieniądze? Zapomnij! — krzyknęła, a na jej czole pojawiła się pozioma zmarszczka, która zniweczyła perfekcyjny wygląd.
Dariusz westchnął teatralnie i sięgnął do klamki. Wystarczyło już tych krzyków i kłótni. Czas było się odciąć od życia, które go przytłaczało.
Otworzył drzwi.
— Do zobaczenia, mamo.