6/17/2018

Rozdział 5


Aleksandra Wilec-Jabłońska nie znosiła marnować czasu. W swoim życiu miała zasadę, że każdą wolną sekundę należy pożytkować z sensem. Jeśli miała wolną godzinę między rozprawą a spotkaniem z przełożonym, nie biegła na kawę i ciasto do Falli po drugiej stronie ulicy. Siadała za biurkiem, pisała raporty, sprawdzała maile, wykonywała telefony. Umawiała się na następne spotkania, zapełniała kolejne luki wolnego czasu.
Marnotrawstwo wkurzało Aleksandrę. A właśnie to teraz robiła. Marnowała czas i się wkurzała.
Spojrzała na zegarek i zaklęła w myślach. Było czternaście minut po siódmej, a ona stała przed budynkiem Zakładu Medycyny Sądowej i czekała, aż doktor Anna Talar łaskawie się zjawi.  
Były umówione na siódmą na sekcję zwłok Dariusza Łajewskiego. To była jedna z nielicznych rzeczy, których Aleksandra nie cierpiała w swojej pracy. Sekcja. Samo słowo budziło w niej dreszcze. Kiedy człowiek lądował na stalowym stole w prosektorium, bezbronny i czekający już tylko na kompletne zbezczeszczenie ciała, w Aleksandrze budziły się odruchy ucieczki. Nienawidziła siedzieć na krześle i patrzeć, jak patolog tnie skórę i dobiera się do wszystkiego, co tylko ciało w sobie ukrywa. Widok serca na blaszanej tacy, odgłos pracującej piły elektrycznej, otwierającej czaszkę. Za każdym razem chciało jej się wmiotować, a jednocześnie nie potrafiła się ruszyć z miejsca. Ze stalową maską profesjonalistki czekała w męczarniach tylko dla jednego. Dla informacji z pierwszej ręki.
To nic, że potem miała wrażenie, że ostry zapach formaliny powlekał jej skórę niczym niewidzialna tkanina, nieważne były zawroty głowy czy mdłości, w dupie miała przykre obrazy, które zanotował jej mózg w prosektorium. To wszystko bledło w świetle tych kilku ważnych informacji, które patolog potrafił jej przekazać.
Aleksandra znów zerknęła na zegarek i w tym momencie na niewielki parking zajechał jasnoniebieski citroën.
Samochód zatrzymał się pod rozłożystym klonem, a zaraz potem wyskoczyła z niego wysoka kobieta, ubrana w szary dres, z rudymi włosami związanymi nad karkiem w niedbały kok. W pośpiechu zabrała z tylnego siedzenia sportową torbę i skierowała się do wejścia.
— Przepraszam za spóźnienie — powiedziała, uśmiechając się pogodnie. — Zaspałam. A musiałam jeszcze mojego kota do weterynarza zawieźć. A potem ogarnęłam, że zapomniałam torby. Po pracy zawsze idę na siłownię. Długo pani czeka?
Aleksandra tylko pokręciła głową, co Anna Talar przyjęła z jeszcze większym uśmiechem.
— Świetnie. Zapraszam! Chodźmy do naszego nieboszczyka.
Patolog otworzyła drzwi i puściła Aleksandrę przodem.
Kiedy mijały recepcję, zza kontuaru wyjrzała głowa pani w średnim wieku o tak dużych, jasnych oczach, jakby miała wrodzony wytrzeszcz. Przyglądała im się bacznie.
— Dzień dobry, pani Aldonko — powiedziała Talar z uśmiechem, na co kobieta odpowiedziała skinieniem, nadal nie spuszczając z nich wzroku.
Kiedy skręciły w zaułek, zatrzymując się przy windach, Aleksandra nie mogła pozbyć się wrażenia, że wzrok pani Aldony jest w stanie przenikać przez ściany. Poczuła nieprzyjemny dreszcz.
Winda sprowadziła je do chłodnych korytarzy, których biel podbijały mocne jarzeniówki. Panowała tutaj kojąca cisza, przerywana jedynie cichym szumem wentylatora.
Anna Talar szła tak szybko, jakby chciała nadrobić te kilkanaście minut poślizgu.
Zatrzymały się przed jednymi z przeszklonych drzwi na końcu długiego korytarza.
Nim weszły do środka, Aleksandra otrzymała zestaw foliowych ochraniaczy na buty.
— Jeśli poczuje się pani słabo, proszę dać znać. Albo wymiotować do zlewu, jak pani lepiej.
Aleksandra nie zamierzała tego komentować, chociaż w duchu już nie lubiła jej kobiety. Raz za spóźnienie, dwa za ten uśmiech, który sprawiał wrażenie przyklejonego na wieki.
Oby te męczarnie były czegoś warte, pomyślała, nim znalazła się po drugiej stronie drzwi.
Sala prosektorium była utrzymana w stonowanej bieli, przełamanej szarymi płytkami podłogowymi. W centrum znajdował się salowy stół, na którym leżało już ciało Dariusza Łajewskiego. Ostre białe światło podkreślało mizerność skóry, która przypominała cienki pergamin.
Białe drzwi do pokoju obok otworzyły się i Aleksandra zobaczyła młodego chłopaka, który niczym duch pokonał bezszelestnie salę i podszedł do blatu przy dwukomorowym zlewie. Dostrzegła, że układa narzędzia, potrzebne przy sekcji. Był szybki i metodyczny.
Prokurator bez pytania zajęła plastikowe krzesło, zaraz przy wejściu do prosektorium i odetchnęła głęboko. Zapach ostrej formaliny nie był przyjemny, ale i tak o niebo lepszy niż smród ciała, które zaraz miało zamienić się w pustą skorupę.
Lekarz Anna Talar zniknęła na kilka minut w pokoju obok, a kiedy wróciła miała już na sobie biały kitel, gumowe rękawiczki i czepek, spod którego nie wystawał nawet najmniejszy rudy kosmyk.
Podeszła do stołu, przesunęła powoli wzrokiem po nagim ciele, jakby chciała zapamiętać każdą skazę na skórze. Nim podniosła wzrok na asystenta, chłopak stał już przy niej z metalową tacą, w której pobrzękiwały narzędzia.
Aleksandra mimowolnie się spięła, kiedy lekarka sięgnęła po skalpel.
— Zaczynajmy.

***

Beata Szczygłowska wsparła się łokciami o blat biurka i zasłoniła dłońmi twarz. Pod powiekami zbierały się łzy, ale usilnie starała się je zatrzymać. Przygryzła dolną wargę, kiedy z krtani wyrwał się pierwszy gardłowy dźwięk.
To nie może być prawda! To zły sen, tylko zły sen.
Poczuła na ramieniu zaciskające się palce Tomka. Miała ochotę strącić jego dłoń, jednak nie poruszyła się w obawie, że najmniejsze drgnięcie mięśni zburzy tę kruchą fasadę, za którą starała się trzymać emocje.
— Wiadomo coś więcej? — Głos Tomka wydał się Beacie dziwnie odległy. Jak zza grubego szkła.
— Sekcja wszystko wykaże, na miejscu nie znaleziono narzędzia zbrodni. Norbert na pewno zginął od podcięcia tętnicy szyjnej. Czas zgonu było trudniej określić przez… Beata, w porządku?
Szczygłowska nawet nie wiedziała, kiedy znalazła się przy otwartym oknie. Złapała się ramy i mocno pochyliła do przodu, nabierając łapczywie powietrza. Widok zamazywały łzy. Fasada runęła szybciej niż tego chciała.
Znowu poczuła na ramionach silne dłonie, tym razem Kwiatkowskiego.
— Beata, spokojnie. Wiem, że to trudne, ale…
— Nie! — krzyknęła niespodziewanie, wyrywając się długim palcom. Obróciła się plecami do okna. — Nic nie wiesz! Nic, kurwa!
Widziała zszokowaną minę przełożonego i konsternację na twarzy Kruka. Wiedziała, że zachowuje się irracjonalnie, jednak nie potrafiła zapanować nad emocjami.
Chciała stąd uciec, natychmiast.
Kwiatkowski znów wyciągnął w jej stronę rękę w troskliwym geście, ale ją odtrąciła, minęła go szybkim krokiem i opuściła gabinet.
Powietrza, potrzebowała powietrza. Tu było tak strasznie duszno.
Kiedy znalazła się przy schodach, złapała się poręczy. Czy na komendzie zawsze było tak gorąco? I czemu te schody tak dziwnie falują? Jak ma po nich zejść?
— Beata! — Ktoś ją wołał, czy tylko jej się wydawało?
Spróbowała się obrócić, ale nagle wszystko wokół straciło ostrość.
Sylwetka, którą zdążyła wychwycić wzrokiem zniknęła w ułamku sekundy. Znowu wszystko zawirowało. Musi komuś powiedzieć, żeby wyłączył tę przeklętą karuzelę. Słabo jej od tego było.
Światło. Dlaczego zgasło światło?

***

Zbliżała się ósma rano, Marcin siedział w pubie i popijał piwo z kufla. O tej godzinie panowała tutaj pustka. Barman za ladą, wytatuowany brodaty facet, przeglądał coś w telefonie, między stolikami kręciła się młoda, tleniona blondynka, która wycierała niewidzialny kurz. Marcin widywał ją zawsze. I zdążył już się zorientować, że dziewczyna nie pracuje tu z własnej woli. Kiedyś, idąc do kibla, był świadkiem jak brodacz szarpał ją, warcząc coś o tym, że bez niego zdechłaby w rowie. A kiedy mu odpyskowała to zarobiła w twarz. Wewnętrzny głos krzyczał Marcinowi, że powinien coś zrobić, zareagować, ale poczucie sprawiedliwości przyćmiła myśl, że miał dość własnych problemów. Nie potrzebował brać na barki cudzych. Dlatego odwrócił wzrok od jej zapłakanej twarzy i zniknął za drzwiami toalety. Kiedy wyszedł, nigdzie jej nie widział. Szybko zapomniał o tamtym incydencie. Teraz natomiast spoglądając na dziewczynę zastanawiał się, czy gdyby jej wtedy pomógł, to dziś ona mogłaby pomóc jemu?
Pokręcił głową. Jasne, że nie.
Przeniósł wzrok z krągłego tyłka dziewczyny na blat obdrapanego stołu i utkwił spojrzenie w śnieżnobiałej kopercie.
Znał już jej zawartość, przejrzał te zdjęcia kilka razy. Uwieczniona na nich twarz osoby powoli wżerała mu się w pamięć. A pistolet, ukryty w wewnętrznej kieszeni ortalionowej kurtki coraz mocniej uwierał w żebra, jakby próbował wywrzeć na nim jakąś presję. Nie chciał go więcej używać. Do tej pory nie mógł uwierzyć, że zastrzelił tamtego młokosa. Owszem, sprzątał syf po Trzebickim; palił zakrwawione ciuchy, pozbywał się narzędzi zbrodni, niszczył wszelkie ślady. To była jego działka. Był pomocny i użyteczny, a przy tym żył w przekonaniu, że niewiele ma wspólnego z tym brudem, w którym taplał się Trzebicki.
Ale to się zmieniło, kiedy Trzebicki kazał mu wykonać tamto zlecenie. Jeśli sam nie chciał skończyć z kulką w głowie, musiał przełamać swoje opory.
Czy Trzebicki go sprawdzał? Może tutaj chodzi o oddanie? Może, jeśli kilka razy wykona tak trudne polecenia, to potem Trzebicki mu odpuści?
Marcin miał cichą nadzieję, że tak będzie. Już teraz skręcało go na myśl, że musiał odebrać życie kolejnemu człowiekowi. Nie wyobrażał sobie, by miał traktować takie zabójstwa, jako swoją nową codzienność.
Marcin schował twarz w dłoniach i pomyślał o swojej siostrze.
Dla niej. To wszystko było dla niej.
Telefon leżący przy kopercie zawibrował.
Marcin przez chwilę się wahał, czuł męczące skurcze żołądka, ale nie mógł stchórzyć.
— Słucham. — Ledwo zapanował nad drżeniem głosu. Zacisnął mocno dłoń w pięść, jakby chciał w niej skumulować cały stres, który rozlewał się po jego ciele.
— Godzina osiemnasta, opuszczony spichlerz. — Zabrzmiał męski, surowy głos. Marcin nawet nie zdążył się dobrze zastanowić, o jaką lokalizację chodzi, kiedy połączenie zostało przerwane.
Popatrzył na czarny ekran telefonu i po raz pierwszy pomyślał, że to wszystko go przerasta.
W co on się, do diabła, wpakował?

***

Kiedy wszystkie narządy znalazły się w misce, z którą patolog przeszła do blatu, by zająć się ich krojeniem i dokładniejszymi oględzinami, Aleksandra czuła, że jest już na skraju wytrzymania. Do tej pory patolog nie znalazła żadnych większych nieprawidłowości u denata. Wszystko, co zauważyła było już dostrzeżone na miejscu zbrodni — ślady po krępowaniu rąk, uszkodzenie czaszki w wyniku postrzału. Nie dostrzegła niczego, co mogło rzucić nowe światło na sprawę.
Kiedy Talar zajmowała się oglądaniem serca, Aleksandra zaczęła się przyglądać zdjęciom rentgenowskim, wiszących na podświetlonej tablicy. Czaszka przedstawiała najbardziej makabryczny obraz. Czarna dziura, od której rozchodziły się cieniutkie odnóża, niczym siateczka naczyń, była przykrym świadectwem, jak łatwo można zakończyć czyjeś życie.
Aleksandra w duchu miała cichą nadzieję, że chłopak przed śmiercią bardzo nie cierpiał.
— Przykro mi to mówić, pani prokurator, ale chyba nie mam dla pani żadnych niezwykłych informacji — stwierdziła Anna Talar, wkładając mózg do słoika z formaliną.
Aleksandra zrozumiała to dużo wcześniej, ale mimo to trzymała się myśli, że nie przyjechała tu dziś na darmo.
— Wczoraj wieczorem dostałam informację, że nasz denat był narkomanem. Może pani to jakoś potwierdzić?
Patolog rzuciła okiem na ciało Dariusza Łajewskiego, trzymając w rękach słoik. Aleksandra powstrzymała ten odruch. Ciało było nagie, a klatka piersiowa rozpłatana. Nie chciała patrzeć na tę jamę, pozbawioną wszystkiego, co nadawało temu ciału jakąkolwiek wartość.
Skupiła się na twarzy Talar.
— Widziałam ślady po ukłuciach, które mogą o tym świadczyć. Jednak są one dosyć stare, więc raczej nie brał nic w ostatnim czasie. Przynajmniej dożylnie.
— Toksykologia też nic nie wykaże?
— Nie sądzę. Ale oczywiście krew została już pobrana do badań. Jeśli coś się pojawi, będzie pani o tym wiedzieć.
Aleksandra miała ochotę siarczyście przekląć. Czyli fatycznie przyjechała na marne.
Nie pozostało jej nic, tylko opuścić to zimne, pozbawione życia miejsce i wrócić do prokuratury. Do świata żywych.
— W takim razie czekam na protokół z sekcji. Do widzenia. — Z grobową miną opuściła ściany prosektorium. Przed windą zdjęła ochraniacze na buty i cisnęła je do kosza na śmieci.
Była wściekła. Mogła ten czas spożytkować znacznie lepiej. W prokuraturze czekały na nią akta spraw, które należało przejrzeć. Musiała napisać wniosek w sprawie przesłuchania jednego z świadków, trzeba było sporządzić postanowienie przedstawienia zarzutów w stosunku do podejrzanego, musiała też jechać do sądu na rozprawę. Mogła teraz już kończyć przynajmniej papierkową robotę, miałaby więcej czasu na przygotowanie się do rozprawy. Ale nie! Musiała tu przyjechać, pchana głupią chęcią imponowania swojemu szefowi. Bo przecież musiała być najlepsza i najszybsza na każdym polu swojej pracy. Wyrobiona frekwencja nie mogła nawet zadrżeć. Trzeba było trzymać poziom.
W takich chwilach nachodziła ją refleksyjna myśl: Po co? Dla kogo?
Oparła się plecami o ścianę i przymknęła oczy, wsłuchując się w cicho pracującą windę. Ciekawe, kiedy zwolni to zawrotne tempo życia, które sama sobie narzuciła. Jej ojciec, który też był prokuratorem, gdyby żył, pewnie pogroziłby teraz palcem. A matka z zatroskaną miną prosiłaby, żeby Aleksandra zaczęła więcej myśleć o sobie, a nie o pracy. Martwiliby się, a ona wpadałaby w irytację, że próbują jej narzucić, jak ma żyć. Zawsze tak było.
Winda przyjechała i dźwięk rozsuwanych drzwi wyrwał Aleksandrę z jałowych myśli. Zrobiła pierwszy krok, kiedy na korytarz wyskoczyła Anna Talar.
— Niech pani zaczeka! — zawołała, nie przejmując się donośnym echem. — Chyba mam coś ciekawego!
Wściekłość prokurator szybko przemieniła się w ekscytację.
Może jednak nie zmarnowała tak bardzo czasu, jak się jej wydawało?

W końcu pojawiła się piąteczka. Tak, wiem, niewiele się w niej dzieje. Wiecie, jaki miałam problem, by ją napisać? W pewnym momencie miałam już myśli, że chyba szlag trafi to opowiadanie. xDRozdział piąty jest trochę takim przejściowym, dla mnie jest dobrą rozgrzewką przed kolejnymi. Mam nadzieję, że nie będę miała już dłuższych przerw w publikowaniu, a przynajmniej, że będę w miarę regularnie coś tam pisać. Bo jak wróciłam do pisania, po ponad miesiącu przerwy, to miałam wrażenie, jakby mi dłonie zardzewiały, a mózg zapomniał, co to znaczy składać sensowne zdania. xD